Biuro Federacji PZ 24.04.2013
NFZ: Nie wiemy ile osób jest nieubezpieczonych
Sukcesem zakończyło się dzisiejsze spotkanie przedstawicieli Federacji Porozumienie Zielonogórskie, KLR i PPOZ z prezesem NFZ. Lekarzom rodzinnym udało się wydłużyć czas testowania systemu eWUŚ do końca roku. System miał być testowany do czerwca. Dla pacjentów decyzja prezesa NFZ oznacza zmniejszenie problemów z dostępem do lekarza rodzinnego. Dla lekarzy - poziom finansowania praktyk na dotychczasowym poziomie.
Do grudnia mają skończyć się problemy z przepływem informacji dotyczących osób ubezpieczonych w KUS i ZUS.
- To dobra wiadomość, obecnie eWUŚ jest niedoskonały, niewiarygodny i na razie nie może być podstawą rozliczania deklaracji – mówi Jacek Krajewski prezes FPZ.
System eWUŚ jest testowany w przychodniach od stycznia. Ostatnie trzy miesiące nie doprowadziły do właściwego uporządkowania Centralnego Wykazu Ubezpieczonych. W Polsce jest 7,2 proc. osób nieubezpieczonych. Zdaniem NFZ wielu z nich to emigranci, ale ok 3,6 proc. to osoby ze statusem do „do wyjaśnienia” czy są ubezpieczeni.
- Fundusz ma także problem z poświadczeniem ubezpieczenia studentów i osób uczących się – mówi Wojcech Pacholicki, wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego. – Nadal są także błędy w danych przesyłanych z ZUS i KRUS.
Prezes NFZ w najbliższych dniach zaproponuje dyrektorom oddziałów wojewódzkich NFZ aneksowanie umów z POZ na dotychczasowych zasadach. W maju rozpoczną się rozmowy na temat zmian finansowania POZ.
Biuro Federacji PZ 19.04.2013
eWUŚ wciąż wymaga testowania
Od 1 stycznia 2013 roku wszedł w życie entuzjastycznie zapowiadany przez rząd system, który miał ułatwić lekarzom sprawdzanie ubezpieczenia zdrowotnego pacjentów. Liczba i stopień skomplikowania funkcjonujących dotychczas w obiegu dokumentów w znaczny sposób utrudniała pacjentom w szpitalach i przychodniach dostęp do opieki zdrowotnej, gdyż wskutek wieloletnich zaniedbań nie udało się dotychczas wprowadzić jednego i prostego w użyciu.
Nadzieje
- System eWUŚ miał to wszystko zmienić – być całkowicie wiarygodnym, a dzięki Internetowi łatwym w obsłudze- mówi Jacek Krajewski, prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie. - Nic więc dziwnego, że zapanowała nadzieja. Wśród pacjentów, bo nie musieli nosić ze sobą różnego rodzaju dokumentów, których i tak często zapominali. Wśród lekarzy, bo w końcu się doczekali i dostali od płatnika narzędzie, dzięki któremu ze spokojem mogli wypisać pacjentowi lek na zniżkę lub skierować na refundowane przez NFZ badania. Wprawdzie lekarze musieli ponieść związane z tym dość duże koszty (za które płatnik nie miał ochoty zapłacić), jednak wydawało się, że warto... – dodaje Krajewski.
Czas na pierwsze refleksje
Minął pierwszy kwartał funkcjonowania systemu. Jak można go ocenić? Okazało się, że działa dość sprawnie i nie ma większych zarzutów co do sposobu jego funkcjonowania. Oprócz kilkugodzinnej awarii, która w dniu 27 marca na kilka godzin zablokowała dostęp lekarzom do systemu, weryfikacja ubezpieczenia pacjentów odbywa się na bieżąco. Pojawił się jednak poważny problem nie związany z działaniem samego systemu, ale z tym co ma sprawdzać. A sprawa jest poważna…
Np. lekarze podstawowej opieki zdrowotnej (POZ), zaczęli bić na alarm, ponieważ okazało się, że około 10 procent pacjentów, którzy się do nich zapisali, według eWUS-ia nie miało prawa do bezpłatnego korzystania z pomocy w ich przychodniach. Wprawdzie system sprawdza status ubezpieczenia pacjentów w CWU czyli centralnym wykazie ubezpieczonych, jednak dane w nim zawarte okazały się niepełne, fragmentaryczne wymagające uporządkowania, a to kwalifikuje go do dalszego testowana.
Co dalej?
Zgodnie z decyzją Ministerstwa Zdrowia system miał być testowany do czerwca br. Wdrożenie go w drugiej połowie wiąże się już z konsekwencjami polegającymi na tym, że skutki jego niedostatecznego przygotowania obciążą lekarzy. Dlaczego?
- W systemie eWUŚ na czerwono wyświetlają się nie tylko nieubezpieczeni – mówi Wojciech Perektko z Porozumienia Zielonogórskiego. - Nierzadko są to także pacjenci ubezpieczeni, spełniający wszystkie wymogi ustawy i posiadający pełne prawo do świadczeń. Niestety, oficjalnie nie wiadomo, czemu tak się dzieje - dodaje.
Sprawą zajęła się nawet Najwyższa Izba Kontroli, która stwierdziła we wniosku pokontrolnym: „Dane zawarte w Centralnym Wykazie Ubezpieczonych są nieaktualne, co negatywnie wpływa na rzetelność weryfikacji uprawnień pacjenta do korzystania ze świadczeń, a tym samym na skuteczność weryfikacji rozliczeń”. NIK potwierdziła zgłaszane przez lekarzy zastrzeżenia w tym zakresie.
Wśród wyświetlanych „na czerwono” często zdarzają się pacjenci „unijni”, mimo posiadania jednego z wymienionych dokumentów wydanych przez instytucję innego państwa UE/EFTA .A są to: a.) Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ); b.) Certyfikat Tymczasowo Zastępującego EKUZ; c.) Poświadczenie potwierdzające prawo do świadczeń opieki zdrowotnej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej; d.) formularz E112/S2/S3; e.) formularz E123/DA1.
System wyświetla na czerwono pacjentów nieubezpieczonych, ale wśród nich także tych, którzy posiadają prawo do leczenia na podstawie odrębnych przepisów i dokumentów np.: a.) zaświadczenia wydanego przez ZUS potwierdzającego pobieranie zasiłku chorobowego / świadczenia rehabilitacyjnego po wygaśnięciu obowiązku ubezpieczenia zdrowotnego, b.) decyzji wójta / burmistrza / prezydenta, wydanej na podstawie art. 54 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej;
Zasadą jest też, iż prawo do świadczeń opieki zdrowotnej przysługuje 30 dni od wygaśnięcia obowiązku ubezpieczenia zdrowotnego, z wyjątkiem następujących przypadków, kiedy okres ten obejmuje:
a.) 6 miesięcy od dnia zakończenia nauki w szkole ponadgimnazjalnej albo skreślenia z listy
uczniów tej szkoły; b.) 4 miesiące od dnia zakończenia nauki w szkole wyższej albo skreślenia z listy studentów tej szkoły; c.) czas pobierania zasiłku przyznanego na podstawie przepisów o ubezpieczeniu chorobowym lub wypadkowym – w przypadku osoby pobierającej ten zasiłek oraz członków rodziny tej
osoby; d.) czas trwania postępowania o przyznanie emerytury lub renty – w przypadku osoby
ubiegającej się o przyznanie emerytury lub renty oraz członków rodziny tej osoby; e.) kobiety w okresie ciąży, porodu lub połogu posiadające obywatelstwo polskie i miejsce zamieszkania na terytorium Polski.
Tymczasem system potrafi wyświetlić na czerwono także te osoby…
Wprawdzie NFZ wydał poradnik dla pacjentów zatytułowany „eWUŚ w rejestracji”, w którym przyznaje, że nawet jeśli ten system nie potwierdza uprawnień pacjenta, to wcale nie oznacza, że pacjent ich nie posiada. Informacji dla świadczeniodawców, by wiedzieli jak rozliczać się w takich przypadkach bez strat – nadal brak. Tymczasem, według oficjalnych danych z NFZ, w każdym województwie kilka procent mieszkańców (od 5 do 10 ) widnieje w systemie „na czerwono”.- są zatem nieuprawnieni według systemu do świadczeń – czyli ci, za których NFZ lekarzom nie zapłacą. Ponadto, od 1 czerwca 2013 roku mają obowiązywać inne zasady finansowania podstawowej opieki zdrowotnej.
Należy przedłużyć testowanie systemu
Na razie lekarze testują system używany do sprawdzania prawa pacjenta do świadczeń w dniu ich udzielania. Wnioski nie są optymistyczne. Wskazują, iż opieranie się na samym systemie eWUŚ oraz danych zawartych w CWU, stwarza zagrożenie, że tylu obywateli, ilu negatywnie zweryfikuje system, może mieć trudności w dostępie do świadczeń w POZ. Skąd takie zagrożenie?
Przypomnijmy, że NFZ finansuje POZ kapitacyjnie. Płaci za każdego pacjenta małą kwotę co miesiąc niezależnie od ilości udzielanych porad. Podstawą finansowania jest aktywna lista pacjentów, którą prowadzą lekarze, pielęgniarki i położne.
- Wycięcie z tej listy przez system eWUŚ uprawnionych do leczenia pacjentów może skończyć się dla nich co najmniej niemiła niespodzianką – mówi Wojciech Perekitko. - Mogą po prostu stracić swojego lekarza rodzinnego, pielęgniarkę i położną. Na rynku nie ma innych świadczeniodawców. Kto ich w takim razie będzie leczył? – zastanawia się Perekitko.
- Logiczną wydaje się 8propozycja, żeby ze względu na te ułomności eWUŚ nadal służył do sprawdzenia uprawnień pacjenta w dniu jego wizyty, nie będąc jedynym narzędziem służącym do weryfikacji list pacjentów w POZ – mówi Jacek Krajewski.
Decyzje muszą zapaść wkrótce. Rozmowy NFZ z reprezentacją świadczeniodawców POZ już trwają. Czy dojdzie do porozumienia i pacjenci będą mogli bez niepotrzebnego niepokoju leczyć się u swoich lekarzy rodzinnych? Czas pokaże, choć szybko ucieka.
Biuro Federacji PZ 15.04.2013
Jarosław Krawczyk
Jest to kilka, nie tylko własnych, przemyśleń na temat obecnego i dalszego funkcjonowania opieki podstawowej. Pozwoliłem sobie podzielić je na trzy grupy: A – stan obecny, B - ocenę funkcji POZ oraz C - kilka założeń na przyszłość.
- Obowiązki administracyjne
Niewątpliwie największą trudnością ostatniego roku jest straszliwy wzrost obciążeń administracyjnych w codziennej pracy całych poradni i poszczególnych lekarzy. Obowiązki orzekania o refundacji leków wraz z koniecznością sprawdzania wskazań refundacyjnych nie mieszczą się w kategorii prac, które lekarze kiedykolwiek wykonywali. Nie będę przytaczał argumentów w sporze - są powszechnie znane. Zwrócę tylko uwagę na konieczność pozyskania całkowicie nowej wiedzy, oraz poświęcenia dodatkowego czasu na przeglądanie ChPL (charakterystyki produktów leczniczych) i list refundacyjnych.
Czas poświęcony bezpośrednio pacjentowi na udzielenie porady został w sposób oczywisty ograniczony, o czym politycy starają się milczeć.
Kolejnym działaniem administracyjnym obowiązującym od początku tego roku jest weryfikacja uprawnień pacjentów i sprawozdawanie tego faktu w rozliczeniach z Funduszem. O ile z punktu widzenia organizatorów opieki zdrowotnej może to mieć znaczenie porządkujące, to z punktu widzenia świadczeniodawcy podstawowej opieki zdrowotnej jest tylko uciążliwością, wymagającą zmian w organizacji pracy, inwestycji w sprzęt, dodatkowych szkoleń personelu i ciągłego nadzoru.
Dodatkowy czas poświęcony przez personel na te czynności szacujemy na ½ etatu na każde 2500 pacjentów, co w skali kraju generuje niewyobrażalne koszty, obecnie w żaden sposób nie refundowane przez płatnika.
- Obowiązki medyczne
Kłopotem i uciążliwością codziennej pracy lekarzy jest realny brak możliwości diagnostyki wielu pacjentów. Konieczność wykonania pogłębionych badań zmusza do skierowania pacjenta do lekarza specjalisty, co w sytuacjach pilnych, przy obecnym czasie oczekiwania z założenia jest bezsensowne i zmusza lekarza i pacjenta do szukania pomocy w innych miejscach - czasami w szpitalach, a często w gabinetach prywatnych, poza systemem publicznym.
Bardzo często pacjent, oczekując wiele miesięcy na konsultację, pozostaje pod opieką lekarza rodzinnego bez postawionej diagnozy, co jest niezwykle frustrujące a nawet niebezpieczne dla obu stron.
Jest oczywiście jeszcze druga strona tej sytuacji, a mianowicie wieloletnie pozostawanie pod „opieką” specjalisty pacjentów, których z powodzeniem mógłby i powinien prowadzić lekarz rodzinny. Z jednej strony generuje to kolejki do opieki specjalistycznej, a z drugiej umacnia wrażenie części społeczeństwa, że kompetencje lekarzy opieki podstawowej nie obejmują ich jednostki chorobowej.
Do obrazu sytuacji dodam nagminny brak informacji o przebiegu leczenia specjalistycznego, co w sytuacji np. żądania pacjenta wypisania leku w POZ, rodzi natychmiastowy konflikt z pacjentem, w żaden sposób niezawiniony przez lekarza POZ. Analogiczna sytuacja pojawia się w kontaktach ze szpitalami: trudności w przyjęciu pacjenta jeśli nie ma „bezwzględnych” wskazań do hospitalizacji, brak informacji o przyjęciu i wypisie, przenoszenie obowiązków administracyjnych na lekarzy poz (wypisywanie dalszych skierowań, zaświadczeń).
- Obowiązki organizacyjne
Wszystko powyższe powoduje dodatkowy „obrót” pacjentów w poradniach i również tutaj częścową ich niewydolność powodującą utrudnienie dostępu. Zwiększony napór pacjentów z pilnymi przypadkami zmusza do przedłużania czasu pracy personelu, wykonywania rzeczy pilnych, a więc „odkładania” działań związanych np. z profilaktyką, opieką nad przewlekle chorymi, współpracą z instytucjami „otoczenia” – pomocą społeczną, samorządem.
Zwiększenie czynności administracyjnych zmusza pracodawców do przesuwania personelu do zadań nie związanych z opieką, lecz do czynności niemedycznych. Jednoczesne całkowite zamrożenie wysokości stawki kapitacyjnej, przy stale rosnących kosztach i oczekiwaniach płacowych personelu, nie pozwala na zatrudnianie dodatkowych osób, inwestycje w sprzęt i szkolenia. Jest oczywiste, że w tej sytuacji wielu pracodawców poszukuje uzupełniających źródeł finansowania, niekoniecznie związanych z opieką podstawową, a nawet w ogóle z medycyną, lub ogranicza zatrudnienie do niezbędnego minimum.
Większość pracodawców boryka się w tej chwili także z kłopotami spowodowanymi brakiem kadr na rynku usług medycznych. Niezrozumiałe działania ministerstwa zdrowia w dziedzinie szkolenia lekarzy i pielęgniarek, ograniczające szczególnie możliwość specjalizacji, powodują brak dopływu młodej kadry. W niektórych regionach znalezienie do pracy lekarza lub pielęgniarki graniczy z cudem. Obciążenie pracą i odpowiedzialnością na stanowisku lekarza opieki podstawowej, przy mało atrakcyjnych wynagrodzeniach powoduje, że każde inne miejsce pracy i każda inna specjalizacja jawią się jako atrakcyjniejsze.
Jeszcze jedną uciążliwością, która wpływa na funkcjonowanie naszych poradni jest konieczność dostosowania się do wymogów różnych przepisów, niekoniecznie związanych z opieką nad pacjentem i sprostania niekończącym się kontrolom i wymaganiom oraz obowiązkom sprawozdawczym wobec różnych instytucji (NFZ, Urząd Marszałkowski, Sanepid, GIODO, GUS, Państwowa Inspekcja Pracy, starostwa i wiele innych).
Nikt się nie spodziewa szczególnego wsparcia instytucji otoczenia biznesu, ale potęga administracji rośnie ciągle i końca tego procesu nie widać.
- opieka „doraźna”
Obecnie domeną opieki podstawowej jest aopatrywanie pacjentów zgłaszających się z nagłymi problemami, jak na przykład ostre infekcje dróg oddechowych, dolegliwości bólowe i wydaje się że jest zapewne najskuteczniej realizowaną funkcją. Niestety, przy obecnym „napływie” pacjentów nie uzyskujących pomocy na innych poziomach opieki, również i ta funkcja momentami zawodzi. Wydaje się, że pełne zapewnianie świadczeń „doraźnych” jest mocno uzależnione od organizacji pracy poradni, ale też od organizacji pracy na innych poziomach opieki zdrowotnej.
- medycyna „naprawcza”
Przeprowadzenie pacjenta przez zawiłości systemu opieki zdrowotnej tam, gdzie potrzebna jest szybka diagnoza i możliwe uzyskanie szybkiej poprawy, powinno być w większości przypadków osiągalne na poziomie opieki podstawowej. Lekarze POZ są do tego bardzo dobrze przygotowani merytorycznie, ale nie mają odpowiednich narzędzi: dostępu do badań i szybkiej konsultacji specjalistycznej, czy nawet hospitalizacji diagnostycznej. Jest to niewątpliwie błąd systemowy opóźniający rozpoznanie, utrudniający podjecie leczenia w odpowiednim momencie lub, jak w przypadku konieczności np. rehabilitacji, nawet niweczący efekty leczenia już wykonanego.
- opieka w chorobach przewlekłych
Wydaje się, że to lekarze rodzinni powinni być, z racji swojego wykształcenia i pozycji w systemie, osią opieki w chorobach przewlekłych. Nie są. Powody przedstawiłem częściowo powyżej, pisząc o współpracy z opieką specjalistyczną i dostępie do diagnostyki.
Powodem dodatkowym jest fakt funkcjonowania wielu specjalności medycznych dostępnych dla pacjentów bez skierowań od lekarzy opieki podstawowej, co pozwala na pozbycie się „odpowiedzialności” za pacjenta przez wszystkich uczestniczących w tej „opiece”. Efektem jest brak planu postępowania, powielanie badań, wykonywanie badań niepotrzebnych, polipragmazja, pogorszenie jakości życia.
Nie bez znaczenia jest też brak wsparcia rządu, mediów, polityków i instytucji zdrowia publicznego, które zaniechały całkowicie edukacji społeczeństwa, kierując oczekiwania pacjentów raczej na szybkie i skuteczne „załatwienie” problemu, niż na współodpowiedzialność za swoje zdrowie.
- profilaktyka
To temat, którym bardzo chętnie żongluje się medialnie, a który naukowo wcale nie jest łatwy do zdefiniowania. Przegląd dowodów naukowych pokazuje, że choć intuicyjnie badania przesiewowe powinny mieć sens, to jednak ich efekt dla zdrowia ma znaczenie mniejsze niż się zakłada, a szkody z niepotrzebnych interwencji medycznych przynoszą większe niż by się wydawało.
Dlatego zanim „zaserwuje się” społeczeństwu jakieś badania i obciąży obowiązkiem ich wykonywania lekarzy, należy dobrze to uzasadnić naukowo i ekonomicznie. Nie ma nic bardziej frustrującego dla lekarza niż wykonywanie następnego obowiązku administracyjnego pod pozorem „troski” o pacjenta.
Podstawowa opieka zdrowotna działa obecnie na granicy swoich możliwości i to zarówno górnej i dolnej.
Dolną granicę wyznaczają sposoby sprawowania opieki w chorobach przewlekłych i medycynie „naprawczej”, gdzie wiedza i kompetencje lekarzy rodzinnych można by wykorzystać lepiej, zaopatrując ich w odpowiednie narzędzia. Jest to otwarte pole dla organizatorów świadczeń. Można powiedzieć, że organizacja świadczeń opieki podstawowej jest wystarczająca do podjęcia niektórych obowiązków przy zmianach na innym poziomie.
Granicę górną wyznaczył już jakiś czas temu poziom finansowania usług zdrowotnych, wyraźnie preferujący usługi kosztochłonne. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że brak wzrostu stawki kapitacyjnej od 2008 roku jest decyzją polityczną, a nie ekonomiczną czy strategiczną.
Kilka lat temu przez media przewijało się hasło: „za Big Maca lecz Polaka”. Hasło przestało być aktualne, bo cena kanapki wzrosła do 9,20, a miesięczna stawka na pacjenta pozostała na poziomie 8 zł.
Tylko POZ nie zwiększył finansowania w roku 2013. Że jest to decyzja błędna pokazuje sposób funkcjonowania opieki zdrowotnej w krajach o dobrze rozwiniętej opiece lekarzy rodzinnych, jak Anglia i Holandia gdzie, dzięki mocnej pozycji medycyny rodzinnej, możliwe jest zapewnienie świadczeń dobrej jakości przy stosunkowo małych nakładach na opiekę zdrowotną. Badania satysfakcji także niezmiennie pokazują zadowolenie pacjentów z takiej opieki, nawet w Polsce.
Stojąc w obliczu zapowiadanych zmian uważam, że nie ma obecnie możliwości wprowadzania dodatkowych „produktów” do świadczeń opieki podstawowej. Przeznaczenie części środków powstałych nagle wskutek „zniknięcia” 5-7% pacjentów w systemie eWUŚ i przekazanie ich do praktyk w postaci dodatkowego zadania z pewnością okaże się niewypałem.
Już teraz posiadamy w POZ zadanie pod nazwą: profilaktyka chorób układu krążenia, którego poradnie nie realizują nie dlatego, że jest nieatrakcyjne finansowo, lecz dlatego, że w codziennych zadaniach nie znajdują czasu na jego realizację. Wydaje się, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest przekazanie tych środków świadczeniodawcom w postaci wzrostu stawki kapitacyjnej, np. poprzez zmianę wskaźnika w niektórych grupach wiekowych.
Wybiegając w przyszłość, nie tak przecież odległą, zauważyć należy zbliżającą się następną „rewolucję” w opiece zdrowotnej – komputeryzację i wprowadzenie od sierpnia 2014 obowiązkowej dokumentacji elektronicznej. Tu nie wspomogą nas środki budżetowe ani organy założycielskie. Obciążenia organizacyjne i finansowe, które spadną na POZ można sobie na razie tylko wyobrażać, ale pewnym jest, że bez finansowego wzmocnienia tego sektora proces ten nie uda się zupełnie, a to przecież POZ jest największym świadczeniodawcą i największym dostarczycielem danych dla decydentów w opiece zdrowotnej, w tym NFZ.
Na koniec drobne przykładowe wyliczenie - pewnie całkiem „nieekonomiczne”:
- zwiększenie stawki kapitacyjnej o 1 zł miesięcznie na pacjenta to wydatek ok. 40 mln zł miesięcznie, czyli ok. 500 mln rocznie. Jak to się ma do wydatków NFZ? To ledwo 1/3 tego, co zostało „zaoszczędzone” w budżecie na leki w 2012 roku, a na poziomie województwa, to kwota ok. 30 mln rocznie, czyli ułamek kwoty np. migracji.
- wg niektórych danych zainwestowanie 1 dolara w opiekę podstawową daje oszczędności w systemie w wysokości 10-20 dolarów. Być może zainwestowanie tej jednej złotówki w Polsce przyniosłoby podobne efekty?
Tylko czy politycy na pewno chcą to wiedzieć?
***
Jarosław Krawczyk - lekarz medycyny ogólnej, specjalista medycyny rodzinnej, pracownik naukowy Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, właściciel n-zoz, członek Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce, Prezes Porozumienia Łódzkiego – Łódzkiego Związku Pracodawców Ochrony Zdrowia, członek Zarządu Federacji Porozumienie Zielonogórskie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Biuro Federacji PZ 15.04.2013
Przeprosić łatwiej (zanim będzie trudniej)
FELIETON
Reputacja, to według Słownika Języka Polskiego „opinia, renoma i dobre imię”. Przyjęło się, że jest to suma zdobytego zaufania, szacunku i sympatii.
Nie trzeba być intelektualistą, by wiedzieć także, iż reputację łatwo utracić. Czego najlepszym przykładem politycy, którzy popełniając błędy zamiast wycofać się z nich i przeprosić - „idą w zaparte”. A przecież w dzieciństwie, jeśli oczywiście mieli do czynienia z „kindersztubą”, dowiedzieli się, że kultura osobista polega między innymi na nieobrażaniu innych. A także, iż są „cudowne słowa – klucze”… To słowa: „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”.
Nie trzeba również wybitnej inteligencji, by zrozumieć, że im szybciej przepraszamy za popełnione błędy i nietakty, tym szybciej jest nam to wybaczane. Taka jest ludzka natura - wiedząc, że każdy może się pomylić, wolimy skromność i pokorę, niż bufonadę. Tę trudniej nam zapomnieć.
Tymczasem, w zagonieniu organizacyjnym (także po salonach politycznych oraz mediach za którymi przepada), Maciej Hamankiewicz – prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, zapomniał się w sposobie artykułowania racji… i o wspomnianych słowach.
A przecież, gdy dotarły do niego informacje, że ponad 10 tys. lekarzy ze specjalizacją z medycyny rodzinnej czuje się urażonych jego niesprawiedliwą oceną, powinien poprosić o informacje (których aż dziw, że nie posiadał), które zwiększyłyby jego wiedzę o ich kwalifikacjach, następnie podziękować za zwróconą uwagę i - szybko przeprosić.
Niestety, Hamankiewicz nadal trwa w przekonaniu, że lekarze rodzinni są „niewystarczający do zapewnienia właściwej opieki nad pacjentami” w poz, oraz obarcza ich winą za fakt oblegania izb przyjęć i SOR-ów przez pacjentów – twierdzi, że to wynik „niedostatków w lecznictwie poz” (sic!)…
I nie chce przyjąć argumentów, iż znacząca większość lekarzy rodzinnych do egzaminu z medycyny rodzinnej przystępowała mając w swym dorobku zawodowym specjalizację z interny lub pediatrii. Uważa ich za medyków gorszej kategorii.
Mało tego. Gdy swoje oburzenie jego tekstem opublikowanym w kwietniowym numerze „Gazety Lekarskiej” wyrazili spontanicznie zarówno niezależni lekarze rodzinni, jak i organizacje zrzeszające lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej: Federacja Porozumienie Zielonogórskie, Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce oraz Grupa Rezydentów i Młodych Lekarzy przy KLR w Polsce - pan prezes poczuł się dotknięty, ale próbując ratować twarz, „wielkodusznie” zaprosił do merytorycznej dyskusji. Tak, jakby nie dostrzegał, że dyskusja ta trwa także bez jego obecności. I nie jest oderwana od rzeczywistości.
Dla środowiska lekarzy POZ opinia prezesa, że polski system ochrony zdrowia daleki jest od doskonałości, nie jest odkryciem. Kilkumiesięczne oczekiwanie na wizytę w poradni specjalistycznej, generujące hospitalizacje, których można byłoby uniknąć, niedostateczne wykorzystanie potencjału kompetencji lekarzy, obarczanie ich ogromem obowiązków administracyjnych skracających czas dla pacjenta, dysproporcja między profilaktyką a medycyną naprawczą, to zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów polskiej ochrony zdrowia.
Niewątpliwie system wymaga diagnostyki i terapii. Hamankiewicz, nie dysponując badaniami diagnostycznymi, proponuje jednak terapię radykalną: amputować lekarzy rodzinnych a w ich miejsce przeszczepić internistów i pediatrów. Nie bacząc, czy przeszczep się przyjmie i czy ma szansę podjąć funkcje. A także, jak duże okaleczenie powstałoby w wyniku takiego działania… Nadzieję daje fakt, że podobne eksperymenty na organizmie żywym polskich pacjentów nie wyjdą poza sferę nieprzemyślanej wizji jednostki.
Pozostaje jeszcze zwrócić uwagę, że Maciej Hamankiewicz podpisując wypowiedź nie tylko imieniem i nazwiskiem, ale również piastowaną funkcją Prezesa Naczelnej Radu Lekarskiej, winien występować w imieniu i na rzecz reprezentowanego przez siebie środowiska, którego integralną częścią jest liczna rzesza lekarzy ze specjalizacją z medycyny rodzinnej. Tego wymaga moralność kierowana rozumem i obyczajami.
Można odnieść wrażenie, że niestety, prezesowi NRL nie jest łatwo (i nie będzie), przyznać się do nietaktu wobec licznego środowiska lekarskiego. Trwa w uporze, zapominając, że lekarzem się jest, a prezesem tylko bywa…
***
Małgorzata Stokowska
Federacja Porozumienie Zielonogórskie
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Biuro Federacji PZ 22.03.2013
Trudności z wystawianiem kart zgonu są problemem przypominającym mityczny labirynt, z którego, według podania, nie było wyjścia. Zarówno ustawa, jak rozporządzenie ministra zdrowia i opieki społecznej regulujące tą kwestię, mają ponad pół wieku.
Według obowiązujących przepisów obowiązek wystawienia karty zgonu spoczywa na lekarzu, który ostatni leczył chorego w okresie 30 dni przed dniem zgonu, jeżeli nie zamieszkuje on w odległości większej niż 4 km od miejsca, w którym znajduje się zmarły. Jeżeli zmarły nie był leczony w ciągu ostatnich 30 dni przed zgonem, lub lekarz do tego zobowiązany nie jest w stanie wystawić karty zgonu z uzasadnionej przyczyny np. własnej choroby - kartę zgonu wystawia:
1. lekarz, który stwierdził zgon wezwany do nieszczęśliwego wypadku lub nagłego zachorowania;
2. lekarz, starszy felczer albo felczer sprawujący opiekę zdrowotną nad rejonem, w którym znajdują się zwłoki;
3. położna wiejska, jeśli zgon dotyczy noworodka (przed upływem 7 dni życia), który pozostawał pod jej opieką;
4. pielęgniarka zatrudniona w wiejskim pielęgniarskim punkcie zdrowia.
- Problem w tym, że felczer i wiejska położna przeszli do przeszłości - mówi Małgorzata Stokowska-Wojda z Federacji Porozumienie Zielonogórskie. - Nie istnieją też pielęgniarskie punkty zdrowia i zatrudnione w nich pielęgniarki. Do czasów współczesnych przetrwali wprawdzie lekarze, ale nie ma rejonów. Ustawa pozwoliła pacjentowi na wolny wybór lekarza bez ograniczeń rejonizacją. Lekarz sprawuje opiekę nad swoimi pacjentami, bez względu na miejsce ich zamieszkania, a nie nad rejonem, który stanowi ograniczone terytorium - dodaje.
Osobny problem stanowi stwierdzenie zgonu w przypadku nagłego zachorowania lub nieszczęśliwego wypadku. Do stanów nagłych jeżdżą zwykle karetki pogotowia ratunkowego. W skład ekipy karetki rzadko wchodzi lekarz, najczęściej stanowią ją wykwalifikowani ratownicy. W obowiązujących, ponad 50-letnich przepisach, nie zostali oni uwzględnieni, albowiem pół wieku temu nikt nie przewidział takiego zawodu medycznego. W związku z powyższym nie są uprawnieni do wystawiania karty zgonu.
Wydawałoby się, że wątpliwości nie budzi jedynie sytuacja, kiedy zmarły był leczony w ciągu ostatnich 30 dni a lekarz, który sprawował nad nim opiekę, sam nie zaniemógł i jest zdolny do wystawienia karty zgonu. Nic bardziej mylnego. Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, którzy zawarli kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, są obowiązani do opieki medycznej nad zadeklarowanymi do nich pacjentami, a dotyczy to wyłącznie osób żyjących. Wystawianie kart zgonu nie jest usługą kontraktowaną przez NFZ i jako taka, nie może odbywać się w czasie, za który NFZ lekarzowi zapłacił. Kartę zgonu lekarz może wystawić jedynie po godzinach pracy objętych umową kontraktową. Ale jednocześnie rozporządzenie ministra zdrowia określa, że czynność ta ma się odbyć nie później niż 12 godzin od wezwania. Piętrzą się okoliczności, w których nie ma osoby obowiązanej do wystawienia karty zgonu.
- Z mitologicznego labiryntu udało się znaleźć wyjście - dodaje Jacek Krajewski. - Światełko w zagmatwanym tunelu przepisów dotyczących kart zgonów stanowi punkt 2 Art.11 ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych, który mówi, że w przypadku niemożności dopełnienia opisanych warunków stwierdzenia zgonu i jego przyczyny, czynności tej powinien dokonać lekarz lub inna osoba powołana w tym celu przez właściwego starostę.
Warto podkreślić, że zgodnie z obowiązującymi przepisami za stwierdzenie zgonu należy się wynagrodzenie, ale koszty nie mogą obciążać rodziny zmarłego.
- Przywołany przepis jest nitką, pozwalającą wydostać się z labiryntu i uporządkować zasady wystawiania kart zgonu - mówi Jacek Krajewski. - Wystarczy, aby w myśl ustawy, każdy starosta powołał lekarza mającego w obowiązku stwierdzanie zgonów i wysupłał z kiesy powiatu środki na finansowanie tego przedsięwzięcia. W wielu krajach istnieje funkcja coronera, a wystawianie kart zgonu nie jest problemem, niezależnie od dni świątecznych, czy braku leczenia zmarłego w ciągu jego ostatnich 30 dni życia.
Lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego zwrócili się po raz kolejny do starostów z pismami o rozwiązanie problemu stwierdzania zgonu w ich powiatach. Korespondencja w tej sprawie trwa od 2005 roku.
Podejście do zagadnienia było zróżnicowane. W największej części starostowie odpowiadali, że na ich terenie podobny problem nie występuje, w związku z czym niezasadne jest podejmowanie jakichkolwiek działań w tym zakresie. Inni wykazywali się brakiem znajomości przepisów i stwierdzali, że ustawa nakłada taki obowiązek na lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Wielokrotnie podnoszono fakt niedostosowania archaicznych przepisów do realiów, czyniący niemożliwym ich zastosowanie, oraz brak wyodrębnienia w budżecie powiatu środków na finansowanie stwierdzania zgonów. Niektórzy ze starostów o pomoc w wyjaśnieniu trudnej kwestii zwracali się do Narodowego Funduszu Zdrowia i Ministerstwa Zdrowia.
- Narodowy Fundusz Zdrowia, jak powszechnie wiadomo, zajmuje się wyłącznie świadczeniami medycznymi na rzecz żywych - podkreśla Małgorzata Stokowska-Wojda. - Wystawianie kart zgonu, nie będące świadczeniem medycznym, a czynnością administracyjną dotyczącą zmarłych, znajduje się poza obszarem zainteresowań tej instytucji. W związku z tym starostowie, którzy zwrócili się o zajęcie stanowiska w sprawie do Ministerstwa Zdrowia, przekazali lekarzom zapewnienie, że czynione są kroki w kierunku dostosowania przepisów do aktualnej sytuacji. Mimo, że rocznie wchodzi w życie w Polsce około 200 ustaw, ta o cmentarzach i chowaniu zmarłych w części dotyczącej stwierdzania zgonu - ma ponad 50 lat - dodaje.
Jednak nie wszyscy starostowie wyznają zasadę, że jeżeli nie mówi się o problemie, przestaje on istnieć. W niektórych powiatach zostały powołane przez starostów osoby do stwierdzania zgonu, a ich personalia wraz z kontaktowym numerem telefonu podano do publicznej wiadomości. Na tych terenach problem został rzeczywiście rozwiązany.
- Pozostaje pytanie: czy cieszyć się, że ci nieliczni zrozumieli realia, czy martwić, że reszta decydentów za nimi nie nadąża - zastanawia się Jacek Krajewski, prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Biuro Federacji PZ 22.03.2013
Komentarz Jacka Krajewskiego, prezesa Federacji Porozumienie Zielonogórskie w związku z zapowiadanymi przez Ministra Bartosza Arłukowicza zmianami w NFZ.
- Pacjentom i wszystkim sprawującym opiekę zdrowotną życzyłbym, aby planowane zmiany były faktyczne, a nie polityczne – tak skomentował zapowiadane zmiany Jacek Krajewski, prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie. - Propozycję, aby projekt decentralizacji NFZ poddać debacie publicznej oceniam pozytywnie. Zwłaszcza jeśli rozszerzy to udział ekspertów z dziedziny medycyny.
- W tej chwili najkonkretniejszym punktem z zapowiadanych zmianach jest dążenie do rozwoju informatyzacji – pacjenci i lekarze najszybciej odczują poprawę, bo właśnie szybki przepływ informacji pozwoli nie powielać badań i leków, co przyniesie oszczędności, a przede wszystkim skróci czas oczekiwania pacjentów na leczenie, które też stanie się skuteczniejsze. Dla Podstawowej Opieki Zdrowotnej ma to szczególne znaczenie.
Biuro Federacji PZ 21.03.2013
List lekarki rodzinnej z Lublina
ZA NAMI JUŻ TYKO PUSTKA
Niedzielę spędziłam w łóżku. Wysoka gorączka rozłożyła mnie na łopatki. W poniedziałek rano, z trudem zwlokłam się z łóżka, żeby pójść do pracy. Jest upiornie. Kontrakt z NFZ nie przewiduje sytuacji awaryjnych, a o zastępstwie w poradni poz położonej na rubieży - trudno nawet marzyć. Zdecydowanie największy deficyt kadr lekarskich jest w poz. Średnia wieku lekarzy rodzinnych to blisko 60 lat. Młodzi lekarze są rzadkością. Może jeszcze nie w takim stopniu, ale podobne problemy zaczynają odczuwać oddziały szpitalne i stacje pomocy doraźnej. Tam też brakuje rąk do pracy. Medycyna zawsze była ciężkim kawałkiem chleba, bo nierozerwalnie związanym z dużą odpowiedzialnością, ale jednocześnie profesja ta była otoczona szacunkiem. Mówiło się „ludzie ratujący życie i zdrowie”. Dlatego zawsze byli tacy, którzy podejmowali studia medyczne i jako młodzi adepci szli do pracy uczyć się fachu od starszych kolegów. System kontroli NFZ (stosujący zasadę „siła przed prawem”), zakładający, że każdy lekarz jest złodziejem i oszustem sprawia, że na każdym kroku musimy udowadniać , że nie jesteśmy przestępcami. Upokorzenie , z którym trudno się żyje. Wprawdzie na wydziałach lekarskich polskich uniwersytetów medycznych ciągle są młodzi ludzie gotowi stawić czoła odpowiedzialności z tytułu wykonywanej profesji, to jednak nie godzą się na upokorzenia, wspomnianych starszych kolegów. Zaczynając studia , często wiedzą dokąd wyjadą mając dyplom w kieszeni. I wyjeżdżają. Z grupy studenckiej pozostanie w kraju deklaruje czasem jedna osoba. Najczęściej nikt. Średnia wieku polskich lekarzy ciągle rośnie. W wielu miejscach przychodnie poz nie pracują z powodu braku lekarza. Z tego samego powodu zamykane są oddziały szpitalne. Jesteśmy tylko my - za nami już tylko pustka.
Małgorzata Stokowska-Wojda
Federacja Porozumienie Zielonogórskie w Lublinie
Średnia wieku lekarza rodzinnego wynosi już 58 lat, a uzyskanie miejsca na tę specjalizację graniczy z cudem. Tymczasem zgodnie z dyrektywami WHO, w 2014 roku lekarz rodzinny ma zabezpieczać podstawową opiekę zdrowotną. Podobne zobowiązanie Polska podpisała w Traktacie Akcesyjnym do Unii Europejskiej.
- Od lat obserwuje wzrost średniej wieku polskich lekarzy - mówi Małgorzata Stokowska- Wojda, lekarz rodzinny z Porozumienia Zielonogórskiego w Lublinie. - Wszystkim nam nieubłaganie przybywa lat, a dopływ młodych kadr jest mizerny. Najwyższa średnia wieku jest wśród lekarzy rodzinnych. Przyczyny są liczne, ale jedna z istotniejszych to trudności dotyczące kształcenia. Uzyskanie miejsca w systemie rezydenckim na 2013 rok jest nie lada wyczynem - dodaje.
W większości województw przewidziano po dwóch rezydentów z zakresu medycyny rodzinnej na województwo, poza warmińsko-mazurskim, gdzie lekarze rodzinni nie są w ogóle potrzebni i na ten rok nie ma ani jednego miejsca rezydenckiego.
- Zaistniała sytuacja przypomina mi PGR - mówi Małgorzata Stokowska-Wojda. - Zlikwidować pogłowie można niemal natychmiast, ale odtworzenie go jest procesem długotrwałym i nie zawsze możliwym. Dobrze wykształceni lekarze chętnie przyjmowani są w całej Europie. Mogą bez przeszkód podnosić swoje kwalifikacje, doceniani urządzają sobie życie. Zamiast walczyć o rezydenturę w kraju, w spokoju budują rezydencje za granicą.
Świat stawia na medycynę rodzinną
- Na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych postanowiono, że podstawą systemu ochrony zdrowia w Polsce będzie instytucja lekarza rodzinnego - koordynatora całego procesu leczenia pacjenta. Niestety coraz to nowi reformatorzy w kolejnych ekipach rządzących sprawili, że koncepcja ta została zniekształcona, zaś dziś Ministerstwo Zdrowia wysyła czytelny sygnał o kompletnym odwrocie od pierwotnych założeń reformy - mówi Jacek Krajewski prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie.
Tymczasem, zgodnie z dyrektywą WHO od 2014 roku Podstawową Opiekę Zdrowotną ma zabezpieczać lekarz rodzinny. Należy także podkreślić, że Polska podpisała w Traktacie Akcesyjnym do Unii Europejskiej zobowiązanie, że specjalizacją opieki podstawowej jest medycyna rodzinna. To wymusiło nowelizację ustawy zdrowotnej w 2007, która zmieniła definicję lekarza podstawowej opieki zdrowotnej.
Jak podkreśla Krajewski, na całym świecie lekarz rodzinny zapewnia pierwszy kontakt pacjenta z systemem opieki zdrowotnej, zapewniając mu nielimitowaną dostępność i troskę o wszystkie jego problemy zdrowotne. To właśnie od tej dostępności i poziomu zabezpieczenia pacjenta na podstawowym poziomie zależy, w jakim stanie trafi on na wyższe i droższe poziomy opieki specjalistycznej.
- Tymczasem, zamiast wzorem europejskich i amerykańskich systemów wzmacniać profilaktykę i opiekę nad pacjentem na poziomie podstawowym, skupionym na zdrowiu rodziny w jej naturalnym środowisku, Ministerstwo Zdrowia planuje preferować medycynę naprawczą - wielokroć droższe i przynoszące gorsze efekty rozwiązanie - tłumaczy Agata Sławin z Porozumienia Zielonogórskiego we Wrocławiu. - Co więcej, następuje wręcz odwrót od motywowania lekarzy w kierunku osobistej opieki nad pacjentem i jego podstawowych potrzeb. Bo jak inaczej rozumieć systematyczne ograniczanie kompetencji lekarzy rodzinnych w zakresie możliwości diagnostycznych na rzecz przenoszenia nawet najbardziej podstawowych badań na wysokokosztochłonne poziomy opieki specjalistycznej? - pyta Sławin.
- Cały, wieloletni trud włożony w rozsądną reformę opartą na lekarzu rodzinnym idzie na marne - mówi Jacek Krajewski. - Zielone światło w kierunku szkolenia lekarzy w dziedzinie medycyny rodzinnej zgasło - zamieniono je na migające koguty i wyjące sygnały karetek, które wyjeżdżają reanimować coraz to nowe "nagłe przypadki" na coraz droższych poziomach medycyny naprawczej. Brak strategii rozwoju ochrony zdrowia w Polsce i analizy światowych trendów, które jednoznacznie wskazują na podstawową opiekę zdrowotną, jako jedyną szansę na racjonalizację kosztów ochrony zdrowia, powoduje pogrążanie się naszego systemu w chaosie - podkreśla Krajewski.
Zdaniem Krajewskiego, by zwiększyć gospodarność zarządzania różnymi zasobami, począwszy od leków, a skończywszy na podmiotach leczniczych, do systemu ochrony zdrowia coraz częściej wprowadza się reguły rynkowe. Ale to wszystko półśrodki - dopóki decydenci nie postawią twardo na fundament czyli podstawową opiekę zdrowotną, pieniądze będą nieustannie wyciekać z systemu jak z dziurawego garnka.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Biuro Federacji PZ 07.02.2013
Przez zamieszanie płacimy więcej za leki
Jeżeli lekarz przepisuje lek zgodnie ze swoją wiedzą i doświadczeniem. lecz poza tzw. wskazaniami rejestracyjnymi, nie może wypisać go ze zniżką. W przeciwnym razie podczas kontroli z NFZ nienależną refundację musi zwrócić z własnej kieszeni. Pakiet ustaw refundacyjnych i wykonawcze rozporządzenia Ministra Zdrowia wprowadził w tym zakresie wyraźne zamieszanie w systemie ochrony zdrowia. Zamieszanie, za które, jak zwykle w takich sytuacjach, płaci pacjent z własnej kieszeni.
Jednym z najgłośniej komentowanych przez środowisko lekarskie przepisów, była konieczność ordynowania leków nie zgodnie z wiedzą medyczną, tylko zgodnie ze wskazaniami rejestracyjnymi preparatu. Bez względu na fakt, że dany lek może być stosowany w przypadku różnych schorzeń, jego refundacja - ustalona w obwieszczeniu Ministra Zdrowia - obejmuje wyłącznie sytuację stosowania go tylko w określonych i wskazanych (zgodnie z rejestracją) przypadkach.
Najbardziej kontrowersyjną pod względem refundacji grupą leków są antybiotyki. Według wytycznych towarzystw lekarskich, leczenie chorób infekcyjnych rozpoczyna się na podstawie danych empirycznych, czyli zgodnie z naszą wiedzą i doświadczeniem – tłumaczy lekarz rodzinny Jacek Krajewski, prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie. - Tylko w szczególnych przypadkach, gdy leczenie jest nieskuteczne, konieczne są badania identyfikujące drobnoustrój sprawczy - tzw. posiew. - Nie jest to łatwa operacja. Ośrodki referencyjne są w stanie określić przyczynę zapalenia płuc w ok. 60%, cała reszta wywołana jest przez NN, czyli czynnik nieznany – dodaje Krajewski.
Większość antybiotyków według wskazań rejestracyjnych można zastosować w określonych chorobach wywołanych przez określone drobnoustroje wrażliwe na ten preparat.
- Z tych przepisów wynika, że antybiotyk ze zniżką można wypisać pacjentowi dopiero po wykonaniu posiewu i antybiogramu – tłumaczy Małgorzata Stokowska – Wojda, lekarz rodzinny z Federacji Porozumienie Zielonogórskie.
W prasie medycznej coraz częściej pojawiają się wypowiedzi ekspertów w zakresie ochrony zdrowia wyrażających oburzenie dla tej sytuacji, a nawet nawołujących do bojkotu nonsensownego zapisu. Wprawdzie NFZ upublicznił własny pogląd i stanowisko, że nie będzie karał lekarzy za refundowane antybiotyki, jednak zapis prawny stanowi inaczej i nadal obowiązuje. W związku z tym - postępowanie według logiki i wiedzy medycznej jest jednocześnie wbrew prawu.
- Najprostszym rozwiązaniem byłaby zmiana niefortunnego sformułowania – mówi Jacek Krajewski. - Przecież problem, który Minister Zdrowia swoim rozporządzeniem stworzył, może kolejnym rozporządzeniem zlikwidować. Nie tylko może, a powinien…
Biuro Federacji PZ 09.01.2013
Prawo wspiera wirusa grypy
Tegoroczny sezon infekcyjny rozpoczął się zmasowanym natarciem wirusa grypy. W ostatnim tygodniu 2012 roku zanotowano 78 779 zachorowań i podejrzeń zachorowań na grypę, rok wcześniej w tym samym okresie 27 872 przypadki.
- Efektem wzmożonej liczby zachorowań są tłumy chorych w poczekalniach poradni podstawowej opieki zdrowotnej, znacznie zwiększona ilość osób z powikłaniami pogrypowymi - zapaleniem płuc czasami o ciężkim, wręcz piorunującym przebiegu, zapaleniem mięśnia sercowego, a nawet zapaleniem mózgu – mówi Jacek Krajewski, prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie.
Na szczególnie ciężki przebieg infekcji narażone są osoby z przewlekłymi chorobami układu oddechowego, układu krążenia, przewlekłą niewydolnością nerek, niedoborami odpornościowymi ( w tym AIDS), a także osoby po 65 roku życia, kobiety w ciąży, dzieci od 6 miesiąca do 18 roku życia i osoby przebywające w skupiskach takich jak Domy Pomocy Społecznej czy Domy Dziecka.
Wzmożona ilość powikłań grypowych i konieczność ich leczenia w warunkach szpitalnych, powoduje zwiększenie kosztów leczenia tych chorych. Dodatkowy wzrost kosztów leczenia wynika z zakażenia grypą pacjentów hospitalizowanych z innego powodu , co powoduje dodatkowe komplikacje w przebiegu choroby oraz wydłużenie okresu hospitalizacji pacjenta.
Wzmożona ilość zachorowań na grypę to poważne finansowe obciążenie dla systemu ochrony zdrowia. Według Ośrodka ds. Grypy Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego średnio raz na 3 lata grypa przybiera postać epidemii o zasięgu ogólnokrajowym. Zatem aktualny stan nie powinien stanowić zaskoczenia, za następne 3 lata czeka nas podobna sytuacja.
Najskuteczniejszym sposobem ochrony przed grypą są szczepienia profilaktyczne. Jednak szczepienie chroni przed grypą tylko przez jeden sezon. Aby parasol ochronny działał , w każdym kolejnym roku trzeba zaszczepić się na nowo. Niestety, ilość zaszczepionych osób jest znikoma.
Do niedawna wydawało się, że lekarze poz wypracowali sprawnie funkcjonujący system szczepień zalecanych. Przychodnie kupowały w hurtowniach szczepionki (w tym również przeciwko grypie). Pacjenci zgłaszający się do przychodni byli informowani przez lekarza o potrzebie szczepienia, a po wyrażeniu zgody na szczepienie i poniesienie jego kosztu (szczepienia zalecane, w odróżnieniu od obowiązkowych, nie są dla bezpłatne), później następowało badanie kwalifikacyjne do szczepienia i samo szczepienie. Zarówno szczepionki do szczepień obowiązkowych jak i zalecanych przechowywane były na terenie przychodni w lodówkach, a parametry przechowywania skrupulatnie monitorowane. Proces szczepienia był nie tylko wygodny dla pacjenta, ale również bezpieczny.
- Niestety, wypracowany system szczepień zalecanych legł w gruzach po wprowadzeniu przepisów prawnych w tym zakresie, które zaczęły obowiązywać od 2009 roku – mówi lekarz rodzinny Małgorzata Stokowska – Wojda z Federacji Porozumienie Zielonogórskie.
Poradnia nie może zatem kupić szczepionek, by zaszczepić swoich pacjentów. Tymczasem, z doświadczenia wiadomo, że wykupiona w aptece szczepionka przechowywana jest przez pacjenta często niezgodnie z zaleceniami.
- Nie rzadko bywa pozostawiona w samochodzie w mróz, lub przechowywana na szafie do następnego dnia – dodaje Małgorzata Stokowska - Wojda. - Pacjent często nie zdaje sobie sprawy z takiego działania. Podanie nieprawidłowo przechowywanej szczepionki obarczone jest ryzykiem, a przecież za bezpieczeństwo szczepienia odpowiada lekarz. Tym samym obecny system prawny czyni lekarza odpowiedzialnym za sytuację na którą nie ma wpływu. Stąd często lekarz ma poważny dylemat, gdy ma podać szczepionkę, której bezpieczeństwa nie jest pewny.
- Tak więc zmiana regulacji prawnych w konsekwencji spowodowała dramatyczny spadek szczepień zalecanych, w tym również przeciwko grypie - mówi Jacek Krajewski. - Tracą na tym wszyscy: pacjenci, przychodnie oraz budżet państwa. A korzysta niewątpliwie wirus grypy, który jak donoszą statystyki z ostatniejchwili, ma się świetnie. Warto by eksperci ministerstwa zdrowia zastanowili się czy nie powrócić do poprzedniego stanu prawnego – dodaje Krajewski.
Biuro Federacji PZ 07.12.2012
Eksperci Porozumienia Zielonogórskiego apelują w sprawie uczniów
Obecny system nieprzyjaźnie podchodzi do osób wchodzących w pełnoletniość na początek odbierając im prawo do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych - twierdzą eksperci Federacji Porozumienie Zielonogórskie. Propozycje zmian przepisów przesłali ministrom Edukacji Narodowej, Zdrowia, Administracji i Cyfryzacji oraz Prezes NFZ.
W związku z prowadzonymi przez Federację Porozumienie Zielonogórskie analizami dotyczącymi zmian statusu ubezpieczenia pacjentów figurujących w Centralnym Wykazie Ubezpieczonych, których status może być obserwowany poprzez system eWUŚ, eksperci tej organizacji dostrzegają zagrożenie - ukończenie 18 lat może stawać się przyczyną braku ubezpieczenia.
- Rzecz w tym, że w aktualnym stanie prawnym dziecko kończące 18 lat przestaje mieć tytuł do ubezpieczenia przy ubezpieczonym rodzicu - mówi Jacek Krajewski, prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie. - Jeżeli nadal się uczy to może być ubezpieczone pod warunkiem ponownego zgłoszenia jako dziecko uczące się. O potrzebie ponownego zgłoszenia uczącego się dziecka wielu rodziców nie wie - dodaje Krajewski.
Zdaniem ekspertów Federacji taka procedura mogłaby być znacząco uproszczona, gdyby to szkoły (w tym uczelnie), miały obowiązek przekazywania odpowiedniej informacji o uczniach kończących w danym miesiącu 18 rok życia do ZUS/KRUS/NFZ. Na tej podstawie odpowiedni urząd dokonywałby automatycznej korekty zgłoszenia bez konieczności aktywnego działania rodziców. Według specjalistów Porozumienia Zielonogórskiego urzędy państwowe są bardziej odpowiednie do tych czynności, niż rodzice nie zawsze znający dokładnie prawo w tym zakresie.
- Skoro obecny system nieprzyjaźnie podchodzi do osób wchodzących w pełnoletniość na początek odbierając im prawo do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych, to taka nowelizacja ujednoliciłaby postępowanie, gdyż osoby uczące się a niepodlegające obowiązkowi ubezpieczenia zdrowotnego z innego tytułu byłyby do ubezpieczenia zgłaszane przez szkoły - mówi Jacek Krajewski.
Propozycja zmian dotyczy też, zgłaszania przez szkoły utraty tytułów do ubezpieczenia liczonego od dnia ukończenia nauki lub skreślenia z listy uczniów.
Federacja zgłosiła propozycję nowelizacji prawa w zakresie zgłoszeń do ubezpieczenia osób uczących się i jednocześnie deklaruje gotowość współpracy przy tworzeniu założeń i szczegółowych rozwiązań, które
NFZ: Nie wiemy ile osób jest nieubezpieczonych
Sukcesem zakończyło się dzisiejsze spotkanie przedstawicieli Federacji Porozumienie...
czytaj więcej
Baza ubezpieczonych pacjentów jest niewiarygodna.
Spotkanie Zarządu Federacji Porozumienie Zielonogórskie z Agnieszką Pachciarz, prezesem NFZ
czytaj więcej