Szczególnie bulwersujący incydent zdarzył się w jednej z praktyk lekarza rodzinnego Porozumienia Zielonogórskiego w Lubuskiem. Do przychodni zadzwonił pacjent, zgłaszający ostry ból brzucha. Przeprowadzono z nim przez telefon dokładny wywiad, zgodnie z procedurami wdrożonymi na czas epidemii. Liczne pytania, na które pacjent musi odpowiedzieć w wywiadzie, służą temu, by zminimalizować ryzyko kontaktu zakażonego koronawirusem z pracownikami przychodni. Mogłoby to skutkować wyłączeniem na okres kwarantanny z pracy tych, którzy by się z taką osobą kontaktowali, a w niektórych sytuacjach paraliżem całej placówki. Z telefonicznego wywiadu wynikało, że mężczyzna nie ma objawów związanych z zakażeniem i nic nie wskazywało, że mógłby być o to podejrzany. Jednocześnie lekarz uznał, że konieczne jest bezpośrednie zbadanie chorego, wobec czego został on umówiony na wizytę. Po przyjściu do przychodni pan oświadczył, że… brzuch go wcale nie boli, dobrze się czuje, ale właśnie wrócił z zagranicy i przebywa na przymusowej kwarantannie, więc potrzebuje zwolnienia lekarskiego. A kłamał, wymyślając nieistniejące dolegliwości, bo chciał się dostać do lekarza. Trudno komentować taką bezmyślność i nieodpowiedzialność. Pomijając już fakt, że zwolnienie można otrzymać drogą elektroniczną, bez konieczności osobistej wizyty (jeśli jest się chorym), ten pacjent naraził lekarza i wszystkich, z którymi spotkał się wychodząc z domu na ewentualne zakażenie. Złamał także prawo. Zwolnienia oczywiście nie dostał, zamiast tego do przychodni wezwano policję, która wyprowadziła beztroskiego mężczyznę. Za złamanie kwarantanny grożą surowe kary – sąd może nałożyć grzywnę nawet do 30 tys. zł, a w skrajnych sytuacjach może uznać taki fakt za przestępstwo i skazać na więzienie do 8 lat.
Na szczęście opisany incydent nie jest normą, a większość pacjentów rozumie sytuację.
– Miałam np. telefony od pacjentów, którzy przygotowywali się w sposób bardzo odpowiedzialny do powrotu swoich bliskich z zagranicy – mówi lekarka rodzinna Porozumienia Zielonogórskiego Małgorzata Stokowska-Wojda. – Szykowali dla nich w miarę możliwości osobne mieszkania, robili zapasy żywności i środków czystości na dwa tygodnie, pytali mnie o to, czy i jakie leki kupić, jakich zasad przestrzegać, by się zabezpieczyć przed zakażeniem. Do problemu podchodzili poważnie, tak jak trzeba.

